Zagraniczny ojciec polonijny

Kategoria: Edukacja Opublikowano: poniedziałek, 23, czerwiec 2014

Na początku bajki, która w normalnych bajkach jest końcem zwieńczonym urzekającym stwierdzeniem, że „żyli długo i szczęśliwie”, ani ja, ani mój niepolskojęzyczny mąż nie mieliśmy pojęcia jak będzie wyglądało nasze życie jako rodziny dwujęzycznej.

 

Wiedzieliśmy tylko tyle: będziemy żyć długo i szczęśliwie.

 

Zgodziliśmy się jedynie, że nasze ewentualne przyszłe dzieci otrzymają imiona, które posiadają jednakowe brzmienie i w polskim, i w angielskim, oraz, że będę się starała mówić do dzieci wyłącznie po polsku. Po tym wysiłku koncepcyjnym na dobre jednak przestaliśmy zaprzątać sobie tematem głowę, przyjechaliśmy do Ameryki i byliśmy całkowicie przekonani, że termin „rodzina dwujęzyczna” nie będzie nas dotyczył dopóty, dopóki na świecie nie pojawią się te „ewentualne dzieci”.

 

Było to, oczywiście, myślenie skrajnie naiwne, bo w związku, którego członkiem jest imigrant, nawet jeszcze bez dzieci, od zagadnień dwujęzyczności uciec się nie da. Jest kwestia „języka, który tworzy fundamenty osobowości”, a także kwestia mutacji tej osobowości pod wpływem nowej kultury i języka właśnie.

 

Nie uda się to nawet wtedy, jeśli w nowym kraju imigrant świadomie przestanie się swoim macierzystym językiem posługiwać. Stawiam tezę, że dylemat „znaczenia dwujęzyczności” w życiu rodziny takiego imigranta wróci do niego szybciej, niż usiłuje on od niego uciec. Dwujęzyczna rodzina zaczyna się na długo przed pojawieniem się w niej dzieci. Miałam to rychło sprawdzić na własnej skórze.

 

Po przeprowadzce nad Zatokę San Francisco szybko poznałam grono miłych polskich znajomych i szybko zaczęliśmy się z mężem towarzysko w tym gronie udzielać. Gwoli wyjaśnienia: na studiach koło naszych wspólnych znajomych było wyłącznie anglojęzyczne, a przed przenosinami do USA mąż dwa razy odwiedził Polskę. W czasie tych wypraw pełniłam rolę przewodniczki i tłumaczki.

 

Moje pierwsze odkrycie odnośnie tzw. „funkcjonowania rodzin dwujęzycznych”

w dwujęzycznym środowisku było … średnio inspirujące.

 

Po pierwsze nie spotkałam ani jednej rodziny, w której dziecko w wieku szkolnym, mając nawet oboje rodziców Polaków, rozmawiałoby z nimi po polsku. Uzyskanie od polonijnego dziecka polskiej wypowiedzi zakładało próby

i podchody, nawet przekupstwo. Rodziców ten stan rzeczy generalnie nie martwił, woleli chwalić się świetnymi wynikami dziecka w amerykańskiej szkole. Wiem, pewnie źle trafiłam. Ale tak trafiłam i takie było to doświadczenie.

 

Po drugie zaczęło do mnie docierać do mnie, że nasze własne „funkcjonowanie” w mieszanym gronie było dla mnie … uciążliwe! W jakimś stopniu zawsze czułam się głupio, a nawet nie fair, ucinając sobie lotne pogawędki w języku, którego mój mąż przez pierwsze lata naszego małżeństwa nie pojmował wcale. W czasie przyjęć, a choćby i tylko wypadów z polskimi znajomymi do restauracji, dobrowolnie i z wielkim oddaniem przyjmowałam więc na siebie rolę strażnika jego dobrego samopoczucia. Czy aby ma z kim rozmawiać? Czy rozumie, o czym ta dyskusja? Czy już mu iść w sukurs, czy jeszcze trochę poczekać?

I czy naprawdę nie czuje się poirytowany, że nie znając języka, ani tym bardziej realiów kulturowo-obyczajowych przez ten język kodowanych, musi tu siedzieć już drugą godzinę i sprawiać tzw. „dobre wrażenie”? To prawda, miłość potrafi czynić cuda, ale i na cuda jest w małżeństwie jakiś limit. Prawdy na pewno dowiem się dopiero w domu.

 

Nigdy nie udało mi się tej „prawdy” od męża usłyszeć, mimo to wciąż trwałam czujna i w pełnej gotowości przekładać mu na poczekaniu najbardziej zawiły wywód o postawie Solidarności w czasie Okrągłego Stołu czy strategii terytorialnej Mieszka I. Nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy, dziś widzę to w pełnej odsłonie, że sposób, w jaki pojmowałam wtedy życie w wymiarze dwujęzycznym czyniło ze mnie, jako osoby posługującej się w naszej rodzinie obydwoma językami, swoistego sierżanta. 

 

Wystarczył dźwięk polskiego słowa, a już zrywałam się mentalnie na baczność i czyniłam moją translatorską powinność, nawet, jeśli nurzałam w tym czasie pięty w białych piaskach rajskiej plaży przy relaksującym szumie palm nad głową (wakacje w Cancunie). Poczucie relaksu było mi wtedy tak dalekie jak zostawione o kilka godzin lotu samolotem ośnieżone wierzchołki Gór Skalistych.

 

Idiotyzm – nie waham się użyć tego słowa – sytuacji potęgował fakt, że w tym samym czasie mąż, choć doceniał moje wysiłki, czynił szczere próby by mnie w moich translatorskich zapędach hamować. Powtarzał, że jeśli czegoś nie rozumiał, nie wychwycił, wypadł z rozmowy, bo polskie towarzystwo w ferworze jakiejś wyjątkowo ciekawej dyskusji przeszło całkowicie na polski, nie stanowiło to dla niego żadnego problemu. Więcej – że sam sobie jest winien. Powinien się bardziej do polskiego przyłożyć, praca leży po jego stronie. 

 

Jeśli dzieli się życie z osobą z innego wymiaru językowego, trzeba się liczyć z faktem, że ten wymiar będzie już zawsze obecny i w twojej przestrzeni.

  • Naprawdę, po prostu sobie tutaj posiedzisz, podczas gdy ja poplotkuję ze znajomymi? – pytałam nieustannie. Z niewyczerpywalnymi pokładami podejrzliwości i nieufności.

 

  • Naprawdę – odpowiadał. – Idź. Ja sobie poradzę. Wziąłem mini słowniczek polskiego, widzisz? – wyciągał z kieszeni żółtą książeczkę – Spędzę czas pożytecznie, powtórzę nieregularne czasowniki!

 

Przyjemnie było słyszeć takie zapewnienia, tylko, że wciąż nie do końca w nie wierzyłam.

 

Może to zwykły przypadek losu, a może po prostu los wie, komu i w jakiej postaci się objawiać, by wyprostować to, co niepotrzebnie się skręciło? Czas oczekiwania na powiększenie rodziny był dla mnie okresem sporych wyzwań zdrowotnych. Choć dalej odwiedzali nas znajomi, a i my, w miarę możliwości, meldowaliśmy się na ich imprezach i spotkaniach towarzyskich, zarzuciłam moją translatorską czujność i językową obsługę niepolskiego męża, bo nie miałam na to siły, ani ochoty. Cóż, kobiety w ciąży robią się egoistyczne i skupione wyłącznie na sobie, takie ich prawo i błogosławiony wdzięk.

 

Jak przyjął to mój mąż? Twierdzi, że dobrze. Ja tego szczerze nie pamiętam, bo cała pierwsza ciąża i pierwsze miesiące po narodzeniu Starszej egzystują w mojej pamięci jako zlepek kilku podstawowych uczuć: strachu, radości, niecierpliwości, wielkiego zmęczenia.

 

Świetnie natomiast pamiętam wszystko, co zdarzyło się potem. Bo to, co się zdarzyło to był proces wykluwania się w naszym domu prawdziwej dwujęzyczności.

 

  • gdy Mąż dalej powtarzał, że nie muszę mu wszystkiego tłumaczyć, mam do dziecka spokojnie mówić po polsku i absolutnie niczym się nie przejmować, a ja w końcu uwierzyłam, że nie mówi tak dlatego, by zrobić mi przyjemność, lecz ze szczerym przekonaniem. Bo życie w dwujęzycznej rodzinie nie jest i nie musi być językowo symetryczne. Języki nie muszą się w nim stale bilansować.

 

 

  • gdy na pytania znajomych, szczególnie anglojęzycznych krewnych, o co chodzi z tymi językami, jak to tak, że można nie rozumieć, o czym mówi twoje własne dziecko, Mąż odpowiadał niestrudzenie: na tym polega dwujęzyczne wychowanie. I dodawał: gdybym żądał translacji każdego zdania w każdej sytuacji byłoby to nie tylko męczące i nienaturalne, ale ze szkodą dla rozwoju polskiego u naszej córki.

 

 

  • gdy czasami było Mężowi trudno, przykro, gdy czuł się odstawiony na boczny tor domowej rozmowy, gdy dopadała go bezsilność, jeśli w sytuacji kryzysowej zaistniałej po polsku, nie mógł zareagować i pomóc natychmiast, bo nie wiedział o co chodzi.

 

 

  • gdy do wieku przedszkolnego obie nasze córki chętniej i lepiej posługiwały się językiem polskim, a tzw. „ciotki dobre-rady” poszeptywały mu na ucho, bacząc zawsze bym tego nie słyszała, że co to, kurza stopa za porządki. U Jonesów czy Brownów też matka zagraniczna jest, a w domu mówią normalnie, po angielsku, przecież dzieci za chwilę pójdą do szkoły, jak sobie dadzą radę takie „niedociągnięte” w angielskim? I jak Mąż dzielnie puszczał te uwagi mimo ucha, a czytał za to sumiennie wszystkie materiały, jakie mu o dwujęzyczności i multilingwialnych rodzinach wpadały w ręce, douczając niekiedy i mnie samą.

 

 

  • gdy usiłując w pewnym momencie mówić do Starszej po polsku (miała około 3 lat) usłyszał od niej, że „nie ma prawa”. Prawo do polskiego miałam w mniemaniu córki tylko ja. Był to przełomowy moment i dla córki, i dla nas. Dziecko zdało sobie sprawę ze swojej dwujęzyczności i zasygnalizowało nam, w jaki sposób ta dwujęzyczność funkcjonuje w jej świecie, my dostaliśmy namacalny dowód na to, że przyporządkowywanie rodziców poszczególnym językom to proces naturalny, wszystko jest jak być powinno i dla dobra samego dziecka lepiej tego nie burzyć i nie zmieniać.

 

 

  • gdy rozumiejąc jak wielkie znaczenie mają dla dzieci i dla mnie wakacyjne podróże do Polski co roku na lotnisku dyskretnie wycierał w rękaw twarz. Przystał na to, że wakacje w dwujęzycznej rodzinie to nieustanne kompromisy.

 

 

  • gdy po latach, bez podręczników i kursów, Mąż siłą rzeczy na tyle wyrobił sobie do polskiego ucho, że wszyscy ze wszystkimi świetnie się dzisiaj rozumiemy i dogadujemy, w obu językach.

 

 

Dwujęzyczność naszych córek to kumulatywny efekt naszej wspólnej pracy. Byłam i pozostaję najważniejszym nauczycielem polskiego naszych dzieci, ale sukces nie byłby możliwy bez ich wspaniałego, niepolskiego ojca, bez jego wsparcia, zrozumienia, pomocy i zaangażowania w cały ten proces. Dwujęzyczność naszych córek nie wydarzyłaby się bez zaufania, jakim obdarzył i mnie, i cały kraj, o którym ledwie kilkanaście lat wcześniej nie wiedział prawie nic.

 

Z okazji zbliżającego się Dnia Ojca po tej stronie Atlantyku chciałabym podziękować Mojemu Mężowi i wszystkim Zagranicznym Ojcom Polonijnym na całym świecie za to, iż wychowują wraz z nami polonijne dzieci. Nawet, jeśli nie mają polskiego obywatelstwa, i tak są honorowymi obywatelami Polski.

 

Czy ty, Polsko, wiedziałaś, że masz i takich synów?

Eliza Sarnacka-Mahoney

 

Artykuł po raz pierwszy ukazał się na zaprzyjaźnionej stronie polonijnej z Nowego Jorku Dobra Polska Szkoła. Autorką jest Eliza Sarnacka-Mahoney – dziennikarka i amerykanistka, z którą przeprowadzałam tu niedawno fascynujący wywiad dotyczący dwujęzycznego wychowania. Rozmawiałam również z odnoszącą wiele sukcesów, mądrą i zdolną córką Elizy – Natalią. Zachęcam do przeczytania tych, a także innych ciekawych wywiadów z osobami dwujęzycznymi, które znajdziecie TU  

 

 

Ponieważ doświadczenia i emocje zawarte w artykule są mi niezwykle bliskie, bardzo zależało mi, aby się tu z Wami nimi podzielić. Też jestem szczęśliwą “posiadaczką” wspaniałego, wspierającego naszą dwujęzyczność i dwukulturowość, niepolskiego męża. A Talkusia i Pynio są szczęśliwymi “posiadaczami” cudownego taty, który, choć nie jest Polakiem, kocha Polskę i język polski.

Dziękuję Ci, Antosiu! Thank you, Tata!

 

A jeżeli chcielibyście ten artykuł przeczytać po angielsku lub podsunąć go komuś, kto nie czyta po polsku, zapraszam TU  

 

 

Aneta Nott-Bower

http://bilingualhouse.com/zagraniczny-ojciec-polonijny/

 

23/06/2014

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

O nas

MOJABANCERELLA.com to portal o charakterze informacyjnym, gdzie staram się na bieżąco przekazywać Państwu informacje dotyczące Polonii włoskiej i nie tylko.

„Mojabancarella” – moja -, czyli nasza, każdego z osobna i - bancarella – słowo które stało się naszym spolszczonym tłumaczeniem słowa stragan, gdzie można znaleźć wszelkie dobro. 

ZAPRASZAM NA MOJABANCARELLA

Najnowsze artykuły

Gelato Festival 2017 w Warszawie

 

 

Wszystkich spędzających obecny weekend w Warszawie zapraszamy na ósmą edycję europejskiego festiwalu lodów Gelato Festival 2017. Organizatorzy zapraszają od 23 do 25 czerwca 2017 roku na Plac przy Torwarze od godz. 12.00 do 20.00.

To już VIII edycja! Gelato Festival jest najważniejszym wydarzeniem w świecie lodów po włosku. To konkurs w skali europejskiej, w którym nagradzani są najlepsi włoscy i zagraniczni producenci lodów oraz smaki, które stworzyli specjalnie na tę okazję. 

 

Lato, lato wszędzie

 

 

„Lato, lato wszędzie, zwariowało oszalało moje serce”, jak śpiewa Formacja Nieżywych Schabów, lato zawładnęło naszą planetą. 21 czerwca, pierwszy dzień lata!

Dzisiaj, oficjalnie, o godzinie 6.45 zaczęło się astronomiczne lato i potrwa aż do 22 września 2017 roku.

 

Wieczór poetycki Aleksandry Piguły

 

 

Szanowni Państwo,

Duszpasterstwo Polaków przy Kościele św. Stanisława w Rzymie zaprasza na spotkanie muzyczno-literackie "Od Kropli do Strofy" z poetką - Panią Aleksandrą Pigułą, które odbędzie się  25 czerwca 2017 roku o godz. 19.00 w Auli św. Jana Pawła II przy Kościele św. Stanisława B.M w Rzymie, via delle Botteghe Oscure 15.

Aleksandra Piguła jest Prezesem Mieleckiej Grupy Literackiej SŁOWO przy Towarzystwie Miłośników Ziemi Mieleckiej.

 

The Engineers Band zapraszają do Rzeszowa

 

 

Serdecznie zapraszamy do Rzeszowa, gdzie w najbliższy piątek Orkiestra Rozrywkowa Politechniki Warszawskiej wystąpi podczas międzynarodowego festiwalu Europejski Stadion Kultury. Jest to ogromne widowisko plenerowe, gromadzące 50-tysięczną widownię na trybunach Stadionu Miejskiego „Stal” z udziałem młodych polskich gwiazd muzyki rozrywkowej, które wykonają utwory przygotowane wspólnie z muzycznymi partnerami z Europy. Festiwalowi przewodzi bowiem idea muzyki jako łącznika między krajami i narodowościami.