Wspomnienie - włoskie wakacje

Kategoria: Listy naszych Gości Opublikowano: sobota, 13, wrzesień 2014

Kiedy robi się ciepło i na drzewach zaczynają pojawiać się pierwsze pączki, a słońce zaczyna przyjemnie ogrzewać wyziębione ciało, wówczas myślę o wakacjach. 

 

Z każdym kolejnym dniem, który pachnie coraz bardziej budzącą się do życia naturą, moje myśli stają się intensywniejsze. Zaczynam marzyć o błogim leniuchowaniu. Najpierw marzenia, potem wizualizacja, a na koniec plany. 

 

A tak przy okazji, czy zauważyliście, że każda pora roku ma swój specyficzny zapach? 

 

Lato to aromat kwiatów, rosnących w ogrodach, wody, lenistwa i obietnicy wypoczynku, którą dają dwutygodniowe wczasy. Jesienią góruje zapach palonych liści, które bezustannie spadają z drzew, pokrywając chodniki wielobarwnym kobiercem. A potem, robi się coraz chłodniej. W powietrzu unosi się smuga szarego dymu, który ulatuje do nieba, uciekając przez kominy. I w końcu, nieśpiesznie nadchodzi zima. Już nie tak ostra, jak ta, którą pamięta się z dzieciństwa i zazwyczaj szara, ale mimo to czasami pokazuje „pazury”, skuwając ulice i malując mroźne wzory na szybach. Wówczas z ust buchają obłoczki pary, a ręce automatycznie szukają czegoś ciepłego.

 

Tak więc wiosna w pełni. Razi soczystą zielenią i mnogością barw. Za pasem zaś lato. Nadchodzi szybciej niż się spodziewamy. Czas biegnie nieubłaganie. 

Ciągle jednak mam go spory zapas. Kartki w katalogach biur podróży na razie przerzucam leniwie, jakby od niechcenia. Cel podróży jest jasny – Italia. 

Wybór jest trudny. Mąż nie pomaga. Zdaje się na mnie. W końcu klamka zapadła. Jedziemy na wycieczkę o nazwie „Toskania – Malowana lala”. W programie małe, malownicze miasteczka, które przycupnęły wśród toskańskich wzgórz. 

Baza wypadowa to uzdrowiskowa miejscowość Montecatini Terme. Pokoje hotelowe można by nakryć chusteczką do nosa, ale za to wystrój wynagradza brak przestrzeni. Małżeńskie łoże w pełni zasługuje na swoją nazwę i chociaż obawiamy się, aby nie okazało się madejowym, już następnego ranka budzimy się wypoczęci i wyspani. Do pokoju przynależy ogromny – nie ma tu przesady z mojej strony – taras. Przyjemnie posiedzieć na nim wieczorem, po sutej kolacji. Napić się wina albo piwa. Nogi opieramy o balustradę. Po wielogodzinnej jeździe autokarem są opuchnięte i ciężkie. Lekki wiaterek przyjemnie je chłodzi. 

 

Za nami zresztą nie tylko podróż, ale także pierwsze wrażenia. Zanim bowiem trafiliśmy do hotelu, zarządzono zwiedzanie Pistoi i miasteczka Vinci. Tak, dobrze kojarzycie :)

W Vinci kierujemy się do Muzeum Leonarda. Ciężka sprawa, bo budynek znajduje się na sporym wzniesieniu. Wszyscy wycieczkowicze odczuwają już trudy podróży, a i upał, panujący tego dnia, nie pomaga. Mamy jednak całe pokłady zapału i chęci, które ulatują z nas, jak z przedziurawionego balonu, kiedy okazuje się, że muzeum zamknięto z powodu inwazji os. 

Na koniec jeszcze tylko kolacyjka, bardzo obfita i smaczna i czas do łóżka. Zasypiamy zanim głowy dotkną poduszek.

Rankiem czeka na nas liche, kontynentalne śniadanko. Niezrażeni z uśmiechami na twarzy jesteśmy gotowi do podboju Włoch. Przed nami Lucca, Colodi oraz Forte dei Marmi.

 

W Lucce zajadamy się najbardziej soczystymi brzoskwiniami w życiu. Aż prosiły się, żeby je kupić, uśmiechając się z wystawy. Z jednej strony było duże czerwone licko, które wtapiało się w żółty kolor aksamitnej skórki. Sok, słodki z odrobiną cierpkiej nuty, skapywał po brodzie, palcach i cienką stróżką biegł w kierunku łokcia. Słodycz owoców wynagrodziła nam plamy, jakie pojawiły się na naszych ubraniach. 

 

W Lucce spotykamy się z włoską otwartością i uprzejmością. Mężowi od dwóch dni marzy się kawa po turecku, znaczy się z gruntem lub fusami, jak kto woli. A tu tylko espresso, americana i inne odmiany. W Lucce też rozkładają ręce, ale kelner otwarcie zaprasza męża za kontuar baru i pozwala samemu się obsłużyć. Nie wiedzieć czemu mąż kapituluje i zostajemy przy włoskim espresso. 

Do stolika obok przysiadają się dwa ciekawskie gołębie. Najwyraźniej czekają na okruszki z pańskiego stołu. Jeden z nich przełamuje nieśmiałość i przysiada się do nas, przekręcając łepek z jednej strony na drugą. Żałuję, że nie mam nawet zwykłej kromki chleba. Mąż jednak się nie poddaje. Otwiera paczkę chrupek i częstuje gości. Już po chwili zlatują się koledzy pierwszej dwójki. Kończymy kawę i zostawiamy całe towarzystwo oraz Luccę za sobą. 

 

Forte dei Marmi przywitało nas oszałamiającym krajobrazem. Z jednej strony błękitne morze, z drugiej w oddali majaczyły góry. Podwijamy nogawki spodni i wchodzimy do wody. Ciepła, ale i tak przyjemnie chłodzi rozgrzane stopy. Żałujemy, że to tylko krótki przystanek do kolejnego miasta. Tym razem, krętą drogą, autobus wspina się w górę. Na szczycie usadowiła się Volterra. Mknąc do miasta Etrusków, mijamy szpalery cyprysów, tak charakterystycznych dla toskańskich widoków. Są też pola usiane słonecznikami, które sprytnie obracają główki w ślad za wędrującym po niebie słońcem. 

 

Wreszcie dotarliśmy. Z tarasu widokowego rozpościera się piękny widok. Na polach, to tu, to tam, przycupnęły kamienne domy z zielonymi, drewnianymi żaluzjami. Na schodach stoją terakotowe donice, w których pysznią się kolorowe kwiaty. Volterra to miasto gościnne. Zabawiamy tu nieco dłużej. Najpierw zwiedzamy muzeum poświęcone długiej historii miejsca, a potem – w czasie wolnym – przysiadamy w kawiarence na jednej z wąskich uliczek i zamawiamy włoskie lody i kawę. Zmęczeni, ale szczęśliwi wracamy na kolację do hotelu.

Na jutro, w planie, Colodi, w którym znajduje się nie tylko park poświęcony postaci Pinokia, ale także cudowny ogród botaniczny, w którym prym wiodą motyle. Szkoda, że nie starczyło czasu, aby udać się do centrum miasteczka. Wierzymy naszej przewodniczce na słowo. Ponoć domki w Colodi są małe, a nawet bardzo małe. Przy nich stoją malutkie ławeczki, na których dziergając na drutach, siadają starowinki. W oknach ustawione są miniaturowe doniczki. I wszystko wygląda, jakby żywcem wyjęte z bajki. 

 

Przed nami kolejne fascynujące miejsce. Mkniemy do Pitigliano, które wyrasta jakby ze skały, a właściwie jest na niej zawieszone. W Pitigliano nie ma miejsca na zwykły, codzienny pośpiech. Tu wszyscy mają czas. Nikt nie zerka nerwowo na zegarek. Na bruku nie słychać odgłosu pędzących szpilek. Na jednaj z wąskich uliczek, przy których domy stoją na wyciągnięcie ramion, mężczyzna z pokaźnym brzuchem i w niezbyt czystym podkoszulku, rozstawia sztalugi. Nieopodal niego, o ściany domów, spacerując wolno, nieśpiesznie, z podniesionym ogonem, czarny koci dzikusek, wpatruje się w naszą wycieczkę. Widać nie peszy go taka liczba ludzi. Najwyraźniej jest przyzwyczajony do tego typu pielgrzymek. Tubylcy chyba też, bo nikt nie zwraca na nas uwagi. 

Zza rogu dolatuje do nozdrzy smakowity zapach świeżego chleba. Piekarz rozmawia z klientką. Włosi są głośni i żywo gestykulują, ale ich zachowanie nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, dodaje Pitigliano swojskiego kolorytu. 

Na deser został nam Rzym. Zwiedzanie rozpoczynamy od Watykanu. Kolejka do Bazyliki św. Piotra wydaje się nie mieć końca. Kiedy wreszcie udaje nam się wejść, wrażenia odbierają nam głos. Przeciskam się w stronę Piety Michała Anioła. Stoję i stoję, i stoję. Rzeźba mnie hipnotyzuje. Mam wrażenie, że zobaczyłam wszystko, co chciałam. Ktoś dotyka mojego ramienia, zaburzając mój spokój. Chociaż na początku stawiam lekki opór, w końcu oddalam się od Piety. 

Bazylika jest ogromna, majestatyczna. Mimo tego nie czuję się przytłoczona tą wielkością. Przed nami jeszcze Muzea Watykańskie i Kaplica Sykstyńska. Czy ten artykuł może trwać w nieskończoność? Niech to retoryczne pytanie, będzie wyrazem zachwytu, jaki we mnie wzbudziła. Geniusz, geniusz przez duże „G”. 

 

Po kilku godzinach opuszczamy Watykan. Spacerkiem wzdłuż Tybru dochodzimy do Mauzoleum Hadriana. Ogromny anioł dzierży ciężki miecz, jakby w symbolicznym geście obrony. Idziemy dalej krętymi rzymskimi uliczkami. Na Piazza Navona przysiadamy znużeni. Zajadamy się lodami. Wybrałam jagodowe i czekoladowe. Kawałki gorzkiej czekolady przyjemnie chrupią w ustach, a jagody dopełniają smaku . Pod parasolkami przycupnęły kawiarenki, wystawiwszy stoły i krzesła, zajęte przez Rzymian i turystów. I podobnie jak w Pitigliano, tu na Piazza Navona, gdzie fontanna Czterech Rzek szumi przyjemnie, niczym leśny strumyk, nikt się nie spieszy. Czas się zatrzymał. Patrząc na malujących artystów przypomina mi się scena z filmu „Wróć do mnie”, w której postać grana przez Minnie Driver tworzy, czekając z nadzieją aż odnajdzie ją bohater odtwarzany przez Davida Duchovnego. Lubię ten film. Podobnie zresztą, jak „Rzymskie wakacje”. Klasyka nigdy się nie nudzi, prawda?

Niestety, najwyższa pora iść dalej. Hiszpańskie schody okupują ludzie. Jest tłoczno i ciasno. Zatrzymujemy się tu tylko na chwilę. Na dłużej przystajemy przy fontannie di Trevi, co której obowiązkowo wrzucamy pieniążki. Mąż stawia na patriotyzm. Wyciąga grosiki i wrzuca, ja jestem bardziej kosmopolityczna. Ważne, żeby się sprawdziło. Chcę jeszcze nie raz wrócić do Wiecznego Miasta. 

 

Na zakończenie spacer po Forum Romanum. Spokojnie przemierzamy antyczne uliczki. Delektujemy się widokiem tego, co kiedyś w swoisty sposób wyrażało świetność i wielkość Rzymu. 

 

I wreszcie stajemy u stóp rzymskiego symbolu. Koloseum. Niestety nie wchodzimy do środka, ale nie martwi nas to za bardzo. Najważniejsze, że jesteśmy tu, na wyciągnięcie ręki. Robimy zdjęcia. Koloseum z boku. Koloseum centralnie. Z gladiatorem i rzymskim żołnierzem na pierwszym planie. Mąż przed Koloseum. Ja na tle Koloseum. Jednym słowem Koloseum zaszło nam za skórę. Tak jak Włochy weszły nam w krew. Już wiem, że moneta wrzucona do fontanny nie poszła na marne. Wrócę tu jeszcze wiele razy.

Obietnica złożona. Obietnica dotrzymana :)

 

Victoria Gische

 

Mojabancarella 13/09/2014

 

Komentarze  

0 #1 mojewloskieimpresje 2014-11-17 08:30
Przyjemny tekst, z przyjemnością dałam się zabrać na wycieczkę razem z panią Victorią Gische, odkrywałam nowe miejsca, oglądałam Italię, choć nie swoimi, ale oczami pani Victorii.
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

O nas

MOJABANCERELLA.com to portal o charakterze informacyjnym, gdzie staram się na bieżąco przekazywać Państwu informacje dotyczące Polonii włoskiej i nie tylko.

„Mojabancarella” – moja -, czyli nasza, każdego z osobna i - bancarella – słowo które stało się naszym spolszczonym tłumaczeniem słowa stragan, gdzie można znaleźć wszelkie dobro. 

ZAPRASZAM NA MOJABANCARELLA

Najnowsze artykuły

6. urodziny sklepu „U MICHAŁA”

 

 

Michał Zalewski, Dorota Budnicka i Sara Zalewska serdecznie zapraszają na 6-tą rocznicę powstania sklepu polskiego w Rzymie „U MICHAŁA”, które odbędą się 3 grudnia, w siedzibie sklepu na Viale Trastevere 233.

Jak co roku będziemy mogli posmakować polskich specjałów, zrobić zakupy i zamówić produkty na święta Bożego Narodzenia. A święta już za pasem!

 

Polacy podbijają Alpy

 

 

TO NIEBYWAŁE: POLACY PODBIJAJĄ ALPY! 

ALE JAK SOBIE RADZIĆ W RAZIE WYPADKU NA STOKU?

 

Coraz więcej Polaków jeździ na narty do Włoch. Dla naszych amatorów sportów zimowych Alpy są krainą marzeń: świetne warunki narciarskie, dobra pogoda, słońce pozwalające się pięknie opalić nawet zimą, przepyszne włoskie jedzenie oraz wino, no i włoski styl. 

 

Jak wynika z raportu ISTAP wydawanego corocznie przez Prowincję Autonomiczną Trydentu, w ubiegłym sezonie zimowym na narty do tego rejonu przyjechało 2,9 mln obcokrajowców. Polacy, nawet przed Niemcami, stanowią najliczniejszą grupę turystów - mile widzianą do tego stopnia, że tutejsze struktury wypoczynkowe zatrudniają w hotelarstwie i gastronomi coraz więcej pracowników polskojęzycznych. Można też spotkać napisy po polsku. 

 

Wzmacniajmy płomień pamięci

 

 

UWAGA ***MIĘDZY'narodowy KONKURS

WZNIECAJMY PłOMIEŃ PAMIĘCI *PATRIOTYZM JEST W NAS

 

I. Zgłoszenia i prace przyjmowane są do 25.02.2018r.

Rozstrzygnięcie 31.03.2018 r.

 

II. Tematyka prac: 

1. Życie lub walki gen. Stanisława Maczka.

2. Czasy wojny i wyzwolenia: I i II wojna światowa. 

Okres międzywojenny, wszyscy generałowie, dowódcy, naczelni brygad, oddziałów, jednostek etc...

O poległych i żyjących kombatantach, sanitariuszach, żołnierzach.

 

Rzymskie Kolędowanie 2017

 

 

„Gdy kolęda do drzwi puka to na pewno Ciebie szuka,

Gdyż chce z Tobą kolędować wspólnie z nami się radować.”

J. P. 

 

Stowarzyszenia Kulturalne Mojabancarella i Videopyja mają zaszczyt zaprosić na kolejne już RZYMSKIE KOLĘDOWANIE, które odbędzie się w sobotę 16 grudnia 2017 roku o GODZ. 20.00, w KOŚCIELE SANTA MARIA DELLA CONSOLAZIONE - Piazza della Consolazione RZYM.